in , ,

Dragonlance: Zaginione Kroniki [Recenzja]

Trylogia Kronik Smoczej Lancy opowiedziała historię niekompletną. Czas ją uzupełnić.

Cykl Kroniki Smoczej Lancy wychodził równolegle z opisującą te same wydarzenia serią przygód do D&D . W swojej recenzji określałem go jako próbę wstrzyknięcia do D&D nieco Tolkiena. Jednak w sposobie jaki każda część trylogii jest skonstruowana bliżej jej do Gwiezdnych Wojen. Władca Pierścieni opowiada jedną ciągłą opowieść podzieloną na części dla wygody czytelnika. Gwiezdne Wojny czynią każdy film osobną historią, pomiędzy którymi mija czas. Kroniki zrobiły coś podobnego, pomijając pewne etapy kampanii, skupiając się na tym co najważniejsze. Komiksy i gry opowiedziały co Luke, Han i Vader robili pomiędzy filmami. Podobnie Weis i Hickman wrócili uzupełnić swoją sagę.

Przez to trudno nieco czytać cykl Zaginione Kroniki. W Polsce wydany został jeden tom, Smoki krasnoludzkich podziemi. Należy go przeczytać pomiędzy Smokami jesiennego zmierzchu i Smokami zimowej nocy. Ale już tom drugi, Dragons of the Highlord Skies (Smoki Niebios Wysokiego Władcy), należy zacząć czytać w połowie Smoków zimowej nocy. Przerywając lekturę tej pierwszej książki na Pieśni Lodowego Topora. Dragons of the Hourglass Mage (Smoki Maga Klepsydry) należy zacząć gdy w Smokach jesiennego świtu Raistlin opuszcza drużynę. I czytać naprzemiennie, ale skończyć przed rozdziałem “Kto nosi koronę, ten rządzi”.

Tomy są więc niepowiązane ze sobą bezpośrednio. Często zmieniają się też bohaterowie na których skupia się narracja. Daje to szansę wyjść na pierwszy plan postaciom które nie miały czasu zabłysnąć w oryginale jak Flint czy Riverwind. Albo których perspektywa w znaczący sposób zmienia sposób postrzegania wydarzeń w oryginale. Zdecydowanie nadaje to więcej kontekstu ich poczynaniom z oryginalnej trylogii. Również kilka postaci które było komicznie wręcz jednowymiarowe zostaje pogłębione przez. Znalazło się nawet miejsce na ukłon w stronę fanów. Wczesne występy zaliczyło kilku Smokowców z osadzonej dużo później w czasie dylogii Kang’s Regiment (Regiment Kanga). A manipulacje Raistlina doprowadzają do bitwy między dwoma popularnymi złoczyńcami.

Z trzech powieści Smoki krasnoludzkich podziemi są zdecydowanie najprostszą historią. To kolejna przygoda. Najprościej porównać ją do komiksu Star Wars: Cienie Imperium. Komiks ten wyjaśnia co się działo z Lukiem Skywalkerem pomiędzy Imperium Kontratakuje a Powrotem Jedi. W podobny sposób ta książka tłumaczy, jak bohaterowie znaleźli się w krasnoludzkiej stolicy. Gdzie zaczynała się akcja Smoków zimowej nocy. Jak można się domyślić, pierwsze skrzypce przypadną krasnoludowi Flintowi. Który w oryginale zawsze był gdzieś na drugim planie i miał chyba najmniej rozwoju z całej głównej obsady. Nie znaczy to, że inni nie mają niczego do roboty. Był czas aby skupić się na Tice czy Riverwindzie. A nawet rozwinąć nieco wątek Raistlina, który zaczął dawać owoce dopiero w drugiej połowie oryginalnej sagi.

Dragons of the Highlord Skies ma dwojakie zadanie. Skupia się na dwóch postaciach kobiecych. Lorana i Kitiara rywalizują między sobą o serce tego samego mężczyzny. A w ostatnim tomie oryginalnych Kronik staną się śmiertelnymi wrogami. Teraz jeszcze się nie spotkały. Jedna z nich dostaje lekcje mające przygotować ją do zajęcia roli przywódczyni całych armii. Druga walczy o zachowanie swojej pozycji po stronie sił zła, gdzie o zdradę nietrudno. Jakkolwiek obie świetnie na tym wychodzą, miałem wrażenie, że Kit autorzy lubią odrobine bardziej. Jej wątek jest zwyczajnie ciekawszy.

Skoro o tym mowa, w Dragons of the Hourglass Mage główną rolę odgrywa zdecydowany ulubieniec fanów oraz twórców. Raistlin Majere podąża za swoją ambicją i pragnieniem władzy. Jest gotów zwodzić i manipulować, wchodzić w nietrwałe sojusze i wbijać noże w plecy. Jednocześnie przychodzi mu grać przeciwko najgroźniejszym osobnikom na Krynnie. Musi wykazać się nadzwyczajną przebiegłością aby przeżyć, a co dopiero zatriumfować. Jest na tyle interesującą postacią, że poznawanie niuansów złej strony jego oczyma jest przyjemne. Czytana jako ostatnia z sześciu, książka stanowi też świetny przedsmak o wiele lepszych Legend Smoczej Lancy.

Względem oryginalnej serii są to książki na podobnym poziomie. Tylko tyle i aż tyle. Są równie dobre co oryginalne Kroniki, ale daleko im poziomem do Legend. Ich wadą jest więc to, że tak naprawdę nie ma powodu by sięgnął po nie ktoś kto nie jest fanem oryginalnej serii. Stanowią wartościową lekturę tylko jeśli już pokochało się Raistlina, Kitiarę, czy cała drużynę Przyjaciół Z Karczmy. To czyni z nich bardziej niszowy produkt. Inne wady są w większości niewielkie i nie warte zawracania sobie głowy. Zastanawiam się mimo wszystko jak bardzo okowy ich dawnego dzieła powstrzymywały autorów. Legendy pokazały, że stać ich na wiele więcej. Dla fanów Dragonlance ten cykl to pozycja obowiązkowa. Reszta powinna wpierw sięgnąć po Kroniki lub Legendy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Szramy. Herezja horusa [Recenzja]

Wróg Wewnętrzny – Dark Heresy – 2. edycja [Recenzja]