in , ,

DMZ – Strefa Zdemilitaryzowana – tom 1 [Recenzja]

11 września jest codziennie

Wyobraź sobie, że mieszkasz w danym mieście, traktujesz je jak swoje. Chodzisz do szkoły, pracy i wiele rzeczy traktujesz jako coś całkowicie normalnego, codziennego, bierzesz to wszystko za pewnik. Otoczenie, rodzina, przyjaciele. Ten wkurzający facet co praktycznie zawsze zastawia Cię swoim samochodem. Części składowe życia, ot co.

Nagle to wszystko się kończy, bo zaczynają spadać bomby. Ktoś, kto Cię niespecjalnie obchodzi, bo polityką zwykle mało kto się interesuje oprócz samych zainteresowanych podejmuje decyzję i sytuacja się zaognia. Nie ma znaczenia dla nikogo Twój brak zainteresowania. Giną ludzie. Płoną budynki. Rodzinny dom leży w gruzach. Nie ma już części składowych życia  – znikają gwałtownie wraz z prądem, czystą wodą, lekami, opałem i bezpieczeństwem. Nie ma policji, straży ani pogotowia ratunkowego.

Budzą się upiory: z bronią automatyczną, omiatające okolice celownikami karabinów snajperskich, oraz zwyczajnie takie, które zabiorą Ci wszystko, z jednej prostej przyczyny. Bo mogą. I nikt ich nie powstrzyma. Jak sobie poradzić, kiedy z jakiegoś powodu ewakuacja z oblężonego miasta Cię ominęła? Czy ludzie w takim przypadku pozostaną ludźmi i będą starali się jakoś żyć? Czy cywilizacja w strefie zdemilitaryzowanej upadnie do cna, czy wytworzy się zwyczajnie coś nowego? Na te pytanie stara się odpowiedzieć Brian Wood w swoim kapitalnym komiksie, jakim jest DMZ (Demilitarized Zone), rysowanym przez Riccardo Burchiellego.

Rzygać się chce, przecież tu dorastałem

Wydarzenia widzimy oczami Matty’ego Rotha, fototechnika stażysty, który zostaje wysłany w sam środek targanego wojną domową Nowego Jorku jako asysta dla laureata nagrody Pulitzera, Viktora Fergusona. Utytułowany dziennikarz ma zamiar stworzyć serię reportaży, opisujących prawdziwe życie ludzi mieszkających na Manhattanie od 5 lat. Szansę na to daje tymczasowe zawieszenie broni pomiędzy wojskiem Stanów Zjednoczonych, a armią Wolnych Stanów, czyli tak zwanych “wściekłych buraków na pick-upach”, którzy w szybki sposób rozwijając się i znajdując popleczników – również wśród wojskowych, stali się siłą, mogącą złamać kraj na pół.

Ferguson okazuje się typową starą gwardią bez szacunku dla nikogo, niedługo potem w dość oczywisty sposób sytuacja wymyka się spod kontroli i Matthew zostaje sam pośród ruin, jako kompana mając torbę, pełną sprzętu fotograficznego i narzędzi do nadawania.

Z początku chce jak najszybciej ewakuować się z zagrożonego miejsca, jednak, gdy poznaje bliżej mieszkańców i ich codzienne problemy, z którymi muszą się borykać, gdy widzi całkiem sprawnie działające grupy społeczne i wzajemną szorstką symbiozę, napędzaną zwykłym poczuciem wspólnej niedoli, postanawia zostać. Nagrywać, robić zdjęcia, wywiady i przesyłać na zewnątrz prawdę o Nowojorczykach, którzy nie porzucili swoich domów, nie żrą pieczonych szczurów, a raczej starają się hodować warzywa na dachach i opiekować swoimi sąsiadami.

Życie podczas wojny

Gdy już zostajemy wprowadzeni w ten dziwny, przerażający, ale także bardzo ciekawy świat, otrzymujemy wraz z Matthew dostęp do takich obrazów jak domowe szpitale, opiekujące się straszliwie poranionymi dziećmi, miłość snajperów, tajemniczych vigilantes, chroniący zwierzęta z zoo i drzewa Central Parku przed wycinką, prowizoryczne restauracje na dachach, rozkwitająca sztuka z rodzaju “nie na sprzedaż” i wszędobylskie grafitti.

Gangi lub oddziały straży sąsiedzkich przypominają trybalistyczne, oparte na ideologiach lub rasie bandy rodem z filmów i gier postapokaliptycznych. Każda grupa ma jakiś styl i czymś się charakteryzuje – Odróżnianie się na pierwszy rzut oka jest bardzo ważne w świecie wiecznie oglądanym i weryfikowanym przez lunety snajperskich karabinów – jeśli nie potraktują Cię jako kogoś znajomego, jesteś trupem.

To wy wszystko spieprzyliście, my tu tylko mieszkamy

Wood (Znany między innymi z Massive, Northlanders, Channel Zero, Aliens i innych) rozrysowuje nam świat przedstawiony z punktu widzenia nieprzygotowanego obcego, wrzuconego w sam środek koszmaru i dzięki temu poznajemy ten świat razem z nim. Jest to bardzo dobry zabieg narracyjny, w którym skupiamy się raczej na pobliskim otoczeniu bohatera, zapełnionego bardzo barwnymi postaciami drugoplanowymi.

Bardziej interesuje go codzienne życie ludzi, uwięzionych w mieście niż polityczne tło wojny. Oni tu po prostu są i mają przesrane, ale starają się funkcjonować jak tylko potrafią, a my uczymy się tego wraz z głównym bohaterem, przedstawicielem prasy, bez jakichkolwiek umiejętności bojowych. To nadaje nowej perspektywy do tego typu opowieści, gdzie trzeba się wygadać z wielu sytuacji lub ratować się ucieczką, a nie “wystrzelać” się na swoje. Jak to powinien reporter właśnie robić, bohater towarzyszy raczej wydarzeniom niż ma na nie bezpośredni wpływ. Ma też sporo chwil słabości i podejmuje niekoniecznie dobre decyzje, co dodaje mu ludzkich cech – daleko mu od ideału i dzięki temu ciekawiej mu się towarzyszy.

Jest kolorowo, buntowniczo, czasami bezkompromisowo pokazane jest okrucieństwo wojny, jednak nie ma także epatowania makabrą dla samej makabry. Nie znajdziemy tu efektownego gore, raczej zasmucający widok pozostałości po ludzkim życiu w wyniku nalotu lub ostrzału artyleryjskiego. Jest to bardzo dobre rozwiązanie, za które muszę również pochwalić scenarzystę – czuje się beznadzieję w powietrzu, ale również coś w rodzaju wiary w ludzkość pokazywaną poprzez odrodzenie mimo wszystko społeczności twardych i upartych Nowojorczyków, którzy na przekór wszystkiemu żyją i nawet gdzieniegdzie mają się całkiem w porządku.

Nowe pomniki czasu wojny wyrastają niczym środkowy palec wyciągnięty do świata na zewnątrz – “skrzyżowane” autobusy na Herald Square, podziurawione wysokokalibrowymi pociskami z napisem Peace – Pomnik Poległych mieszkańców Manhattanu – pokazują, że mimo wszystko ludzie tutaj nie poddali się marazmowi i walczą – to o lokalną społeczność, to o zwierzęta, to o rodzinę – i kibicujemy im jak jasna cholera.

Zawsze kiedy atakują, wyłączamy prąd

Kreska Burchielliego (Oprocz DMZ miał swoje występy w poszczególnych zeszytach np Aliens czy Northlanders) jest bardzo ciekawa, niesie ze sobą dużo dynamiki, pokazując postacie nie tak po prostu, ale jako fajnych gości do zapamiętania. Dba o szczegóły, typu naszywki, tatuaże, piercingi, rodzaje ubiorów, butów, emblematów, ale także dość rzadko brane pod uwagę wymyślne pozy. Bo dlaczego postacie muszą siedzieć na fotelach jakby kołek połknęły? Tutaj zwykle rozwalają się, aby jak najwygodniej i to także tworzy swoisty klimat, bo oglądamy je w zwyczajnych, prywatnych chwilach – dzięki temu jesteśmy bliżej i niejako zżywamy się z nimi.

Osobnym bohaterem jest oczywiście samo Big Apple. Burchielli z początku rysował Nowy Jork w oparciu o zdjęcia, przesyłane mu przez Wooda, bo jako mieszkaniec Florencji nigdy nie widział go żywo – nie zmienia to jednak tego, że poradził sobie doskonale. Znane nam zrujnowane charakterystyczne miejsca, ciekawie zilustrowane wnętrza, wszędobylskie graffiti i rumowiska, które nie są kupą kamieni tylko faktycznie widać, że były częścią czegoś konkretnego dodają samej historii pięknego sznytu.

Swoistą wisienką na torcie są okładki i strony tytułowe rysowane przez scenarzystę – Briana Wooda. Buntownicze, że się tak wyrażę grunge’owe – pokazujące sposób myślenia głównego bohatera i czasem zestawiające oficjalny przekaz wiadomości z wydarzeniami, których byliśmy świadkami – ukazujące wybiórczość informacji, jakie docierają do ludzi spoza strefy wojny.

To nasz dom, Nigdy go nie opuścimy

Podsumowując, DMZ to fantastyczne dzieło – poruszające, dające do myślenia i wspaniale karmiące zmysł estetyczny czytelnika. Historia rozwija się poprzez mniejsze wątki, uderzając w swój punkt kulminacyjny pod koniec i autentycznie czyta się to z zapartym tchem. Egmont zrobił świetną robotę w wydaniu zbiorczym, dokładając po zakończeniu głównego wątku tomu swoisty prequel o jednej z ciekawszych drugoplanowych postaci (niestety rysowany już nie przez Burchiellego i widać tu mocną różnice stylu i spadek dynamiki) oraz zaprojektowany przez Wooda świetny przewodnik po Nowym Jorku, opisujący poszczególne ciekawe miejsca i jego przykładowych mieszkańców. Bardzo przydatna rzecz, nadająca jeszcze większą dozę klimatu do całości.

Co ciekawe: Komiks został wydany pod szyldem DC Black Label i jak pan Jim Lee powiedział:

„Powołując do życia imprint „DC Black Label” zobowiązujemy się do współpracy z najlepszymi artystami powierzając im tworzenie poruszających, pełnych rozmachu historii, zapewniając jednocześnie wolność artystyczną.”

Sama prawda, Panie Lee. Wyszło znakomicie i warto się tym chwalić.

Chyba najlepszym podsumowaniem tego komiksu będą sparafrazowane słowa samego Matty’ego Rotha:

“Kiedy na chwilę przestaję się bać – jest fajnie”

Komiks jest właśnie taki – przerażający w swojej tematyce, a zarazem cholernie fajny. Nie mogę się doczekać kolejnych tomów. Warto się zapoznać, choć trzeba zaznaczyć, że ze względu na przemoc, goliznę i bluzgi jest przeznaczone raczej dla dojrzałego czytelnika.

Komiks przekazany do recenzji przez wydawnictwo Egmont

Dane techniczne:

  • Wydanie: 2020
  • Seria/cykl: DMZ
  • Scenarzysta: Brian Wood
  • Ilustrator: Riccardo Burchielli
  • Tłumacz: Tomasz Kłoszewski
  • Typ oprawy: twarda
  • Data premiery: 22.01.2020

Zmysły [Recenzja]

Nieustraszony Szpak – #1 (II wydanie) [Recenzja]