https://naekranie.pl/aktualnosci/dziadek-do-orzechow-i-cztery-krolestwa-bohaterowie-na-nowych-plakatach-3507545
in , ,

Dziadek do orzechów i cztery królestwa [recenzja filmu]

Twardy orzech do zgryzienia

Widokiem z lotu ptaka na Londyn spowity w nocy i śniegu, wita nas Disney w swoim najnowszym filmie Dziadek do orzechów i cztery królestwa. Scena ta faktycznie karmi i zachwyca wzrok, jednak zaserwowana zostaje widzom, jakoby na zachętę, aby zostali na seansie. Bowiem dalej jest ładnie, kolorowo, słodziutko, ale samymi obrazami intelektu nakarmić się nie da. W końcu nie chodzi tylko, żeby podziwiać widoki, ale przede wszystkim aby wyjść z kina mądrzejszym emocjonalnie. A z tym niestety krucho, ale po kolei.

Będąc fanem twórczości wytwórni The Walt Disney Company od dzieciństwa, wiernie i z radością chodziłem do kina na kolejne, zapierające dech w piersiach produkcje animowane. No właśnie – dla mnie Disney zawsze będzie kojarzył się z animacją, i to taką klasyczną, bez ton efektów graficznych tworzonych przez komputery. Dlatego pierwszą szpilą dla mnie była ewolucja wytwórni i początek robienia filmów w grafice 3D. Dałem jednak szansę tym filmom i wcale tego nie żałuję. Tytuły animowane już nieklasycznie, nadal przykuwają uwagę przez oryginalne fabuły, ciekawych bohaterów oraz wpadające w ucho piosenki ze ścieżek dźwiękowych. Zatem po tej „przemianie” nadal z niecierpliwością wyczekiwałem nowych filmów, po seansach przeważnie je chwaląc. Cóż, ewolucja technologiczna wciąż idzie naprzód i trzeba to zaakceptować, ciesząc się nowymi produkcjami. Niestety, Disney wciąż eksperymentuje, dlatego od 2-3 lat wypuszcza regularnie (kosztem animacji) filmy aktorskie, będące zazwyczaj ekranizacjami dawniej zrobionych bajek. I o ile, są wśród tych „dzieł” wyjątki, jak na przykład całkiem niezły Kopciuszek z 2015 r. oraz ponadprzeciętna Piękna i Bestia z 2017 r. to już Księga dżungli z 2016 r. mocno mnie zdegustowała. To samo muszę niestety napisać o Dziadku do orzechów… Chyba jednak już zorientowaliście się jakie jest moje zdanie.

Najnowsza produkcja Disneya, stanowi ekranizację przedstawienia baletowego, do którego muzykę napisał Piotr Czajkowski oraz baśni. Jako, że właśnie The Nutcracker… nie posiada animowanego pierwowzoru (zrobionego przez wytwórnię Disneya), trudno jest widzowi porównać wersje z dwóch dość odległych od siebie dziedzin sztuki. Po drugie, o wiele częściej ekranizuje się literaturę, czy komiksy, dlatego w kwestii baletu brak jest narzędzi porównawczych. Przyznać trzeba, że w filmie występują wszystkie postacie, pojawiające się u Czajkowskiego, choć niektórym zmieniono imiona. Treść obrazu Disneya jednak niewiele ma wspólnego z pierwowzorem. Rozumiem swobodę w interpretowaniu, ale wszystko powinno mieć swoje granice.

Fabuła opowiada o dziewczynce, która w Boże Narodzenie poszukując klucza do mechanicznego jajka-spadku po zmarłej matce, trafia do baśniowej krainy tytułowych czterech królestw. Jak się dowiaduje, jej rodzicielka była tu królową, jednak po jej odejściu zapanował chaos i bezkrólewie, a do tego w powietrzu wisi grożba podboju ze strony Ginger, regentki Królestwa Zabawek. I cóż tu robić głównej bohaterce, jak tylko zasiąść na tronie i szykować się do bitwy. Do boju zatem! (sic!)

Właśnie w kwestii fabularnej poczułem się najbardziej oszukany. Sposób ukazania znanej historii jest tak jednowymiarowy i płaski, że film ogląda się bez najmniejszego wczucia i zapamiętania. Bohaterowie, nawet główni nie przykuwają uwagi, dialogi są przeciętne, a finał przewidywalny niemalże od początku. Owszem, film mieni się wszystkimi barwami i odcieniami, błyszczy, skrzy, miga i świeci, tylko po co. Tak jakby twórcy za pomocą efektów wizualnych próbowali odwrócić uwagę widzów od niedoróbek w scenariuszu. Wiem, że film skierowany jest raczej do dzieci i młodzieży, jednak również opisywany jako „familijny”. A jeśli tak, to powinien zapewnić także jakąś rozrywkę dla dorosłych – i niekoniecznie tylko wizualną, ale też intelektualną. Niestety, jeśli nie odrzuci was nadmiar kolorów i świateł i nie wyjdziecie z kina w trakcie seansu, to zostając skazujecie się na ziewanie.

Muzyka także nie rekompensuje strat fabularnych – nie wyróżnia się, ani nie zachwyca – po prostu słychać ją w tle. Owszem usłyszymy też znane z baletu motywy muzyczne, ale i one nie pasują do scen na ekranie.

Jak w poprzednich produkcjach Disneya, także i w Dziadku… występuje kilkoro aktorów z Hollywood, na czele z Morganem Freemanem (o którym jeszcze poniżej), Keirą Knightley i Hellen Mirren, jednak nawet oni nie uratowali filmu przed przeciętnością. O Mackenzie Foy, wcielającej się w główną bohaterkę za wiele napisać się nie da, choć cały wizerunek w znanym w popkulturze mundurku i kapeluszu dziadka do orzechów jest spójny.

No właśnie, na koniec „delikatny” temat, czyli fanatyczne przestrzeganie w nowych produkcjach Disneya (ale i w całej kinematografii amerykańskiej) „żelaznych reguł poprawności politycznej”, tak aby żadna rasa, mniejszość ani wyznanie nie poczuły się przypadkiem urażone. Kto oglądał już film, wie co mam na myśli, a kto nie szybko skojarzy. Mam ogromny szacunek do umiejętności Morgana Freemana oraz większości jego ról, ale czy naprawdę musiał zagrać w tym filmie? Rozumiem też swobodę interpretacji, ale czy Drosselmeyer – sędzia z XIX-wiecznego Londynu, wynalazca, ojciec chrzestny głównej bohaterki naprawdę musiał być zagrany przez Afroamerykanina? To jest po prostu nieautentyczne. Wiem, że film właściwie jest baśnią, ale wszelkie fantazje w nadmiarze występowały w tytułowych czterech Królestwach. Po co z Londynu robić jeszcze „krainę czarów”?

To samo tyczy się dziadka do orzechów, tutaj zwanego raczej Phillipem, który nie ma nic wspólnego z zabawkowym Nutcrackerem znanym z baśni czy baletu. Młody aktor Jayden Fowora-Knight po prostu nie pasował do tej roli, widać było że jest w niej mało przekonujący.

Nie będę dłużej katował negatywnymi komentarzami recenzowanego filmu. Dałem się zwieść zwiastunowi kilka miesięcy temu i dlatego tylko wybrałem się do kina. Każdy z czytających moją recenzję niech najlepiej sam przekona się idąc na seans, a wtedy wyrobi sobie własne zdanie. Stoję na straży zasady, że komentować można dopiero po zapoznaniu się z „obiektem komentarzy”. Wierzę też, że mimo wszystko wytwórnia Disneya uraczy nas jeszcze niejednym ANIMOWANYM filmem, pięknym wizualnie i fabularnie.

Tytuł oryginalny: The Nutcracker and the four realms
Reżyseria: Lasse HallströmJoe Johnston
Scenariusz: Ashleigh Powell
Gatunek: FamilijnyFantasy
Produkcja: USA
Premiera: 2 listopada 2018 (Polska) 26 października 2018 (świat)

WSZYSTKIE ZAWARTE W RECENZJI OPINIE NALEŻĄ DO JEJ AUTORA I NIEKONIECZNIE ZBIEŻNE SĄ Z OPINIĄ RESZTY REDAKCJI

Fan kultury japońskiej. Wielbiciel twórczości Quentina Tarantino i J. R. R. Tolkiena. Classic-metal maniac, Prelegent i cosplayer-amator na konwentach.
Spokojny, nieśmiały, z empatią dla innych.

Zapowiedzi mangowe – grudzień 2018

Emo life [Żyjek#15]