in , ,

#KiedyśToByło4 – Maximum Carnage

Minęło 20 lat odkąd po raz pierwszy przeczytałem 14-częściową historię przygód Spider-mana zatytułowaną Maximum Carnage.  Ta obszerna historia wychodziła od listopada 1995 roku do czerwca 1996, na łamach miesięcznika Spider-man. Byłem wówczas zaintrygowany tą historią, gdyż brało w niej udział wiele postaci, z których części w ogóle nie kojarzyłem. Niedawno historię tę nabyłem w formie tomu zbiorczego i postanowiłem sobie ją odświeżyć.

Fabuła rozpoczyna się od ucieczki z zakładu karnego o zaostrzonym rygorze, Ravencroft, seryjnego mordercy Cletusa Kasady, znanego jako Carnage. Ciało Kasady’ego jest gospodarzem dla symbiontu pochodzenia pozaziemskiego. Symbiont chroni swojego gospodarza przybierając formę kostiumu, zwiększając przy tym jego siłę. Ponadto kostium jest w stanie formować wszelkiego rodzaju broń białą (ostrza, topory itp). umożliwiając szaleńcowi realizowanie jego makabrycznych planów. Chce on wprowadzić chaos na ulicach miasta, mordując kogo popadnie a ponadto zemścić się na osobach odpowiedzialnych za jego uwięzienie: Spider-manie oraz Venomie. Ten ostatni jest szczególnie dla niego ważny, gdyż jest on żywicielem innego symbiontu, z którym jego własny jest spokrewniony.

Carnage na swej drodze spotyka innych super-złoczyńców, których cele w pewien sposób pokrywają się z jego własnymi. Dochodzi do dziwnego sojuszu, który przybiera formę karykatury rodziny, której głową jest sam Carnage a rola dzieci przypada Spider-Doppengangerowi, Demogoblinowi oraz Carrionowi. Rola żony i matki tej pociesznej gromadki obejmuje, stworzona na potrzeby tej historii, kobieta o pseudonimie Shriek. Ta była dilerka narkotyków jest na tyle interesująca, iż ma równie pokręcony system wartości co Carnage. Ponadto potrafi emitować fale soniczne, które okazują się przydatne przy walce z Venomem. Lecz najważniejszą dla historii jest jej umiejętność wpływania na umysły ludzi w otoczeniu oraz budzenia w nich najgłębiej skrywanych, mrocznych pragnień, doprowadzając tym samym do pogrążenia ulic Nowego Jorku w chaosie.

Mając do czynienia z „rodziną” Carnage’a oraz oszalałymi mieszkańcami miasta, Spider-Man nie miałby najmniejszych szans bez zebranej ekipy, w skład której wchodzą: Venom, Black Cat, Morbius, Deathlok, Captain America, Iron Fist, Cloak & Dagger, Firestar oraz Nightwatch.

I tak oto, przez całą długość historii, mamy do czynienia z ciągłymi potyczkami między bohaterami a łotrami. Lokalizacje walk co chwilę się zmieniają, a pomiędzy nimi dochodzi do krwawych mordów dokonywanych przez „rodzinę” złoczyńców. Bohaterowie starają się ich powstrzymać, przy okazji ratując oszalałych ze strachu cywili przed nimi samymi. Pośrodku tego wszystkiego jest Spider-Man, pogrążony w żałobie po niedawnej śmierci swego przyjaciela/wroga, Harry’ego Osborna/Green Goblina i myślący o granicach, których nie powinien przekraczać, sprzymierzając się z niezrównoważonym psychopatą, jakim jest Venom. W przerwach między powyższym mamy Mary Jane, żonę Petera, która zastanawia się nad sensem narażania się jej męża na niebezpieczeństwo.

No cóż… historia jak widać nie jest skomplikowana i bardzo się różni od tych serwowanych przez wydawnictwa komiksowe w czasach dzisiejszych. Po pierwsze mamy tu stanowczo rozrysowany podział na dobro i zło. Brak odcieni szarości. Obecnie często mamy do czynienia z postaciami niejednoznacznie dobrymi czy złymi. Pod tym względem Maximum Carnage w tych czasach wypada płytko. Drugie, co odróżnia tę historię od współczesnych, to poziom brutalności. Obecnie nie mamy w komiksach do czynienia z mordami na taką skalę, a jeżeli nawet to mamy to przedstawione w formie np. eksplozji budynku czy pojazdu. Tu mamy kadry, na których ulice są wyścielone zwłokami ofiar Carnage’a. Ale należy pamiętać, iż jest to historia napisana w latach 90-tych, kiedy to autorzy w swoich dziełach często osiągali pewne ekstremum w niektórych aspektach komiksu, dotyczących fabuły czy grafiki.

Skoro o tym mowa warto wymienić nazwiska osób pracujących nad tym wydarzeniem a jest to długa lista:

Scenariusz: Tom DeFalco, J.M. Dematteis, Terry Kavanagh oraz David Michelinie;

Grafika: Mark Bagley, Sal Buscema, Ron Lim, Tom Lyle oraz Alex Saviuk.

Taka ilość autorów zaangażowanych w ten projekt wynika stąd, że Maximum Carnage był rozpisany na numery pięciu serii o Spider-Manie, jakie wówczas wychodziły. Więc amerykańscy czytelnicy, chcący skompletować historię, musieli czujnie wypatrywać premier tych pięciu tytułów. Mimo tylu scenarzystów spójność między zeszytami jest zachowana. Co do rysunków są prowadzone w podobnym stylu… no, poza Buscemą, którego prace mi osobiście najmniej się podobają w tej historii. Twarze postaci w jego wykonaniu są często kanciate a ich usta bardzo często szeroko rozdziawione. A jeżeli nie drą ryja, tylko porozumiewają się normalnie to wygląda jakby gadały przez zaciśnięte zęby, gdyż szczerzą je jak konie. Co do pozytywnych ocen rysunków to lekko wybija się na prowadzenie Mark Bagley. Postacie przez niego rysowane bardzo ładnie wyglądają i są pełne szczegółów, zwłaszcza w kadrach gdzie są ukazane z bliska. Najbardziej mi przypadł do gustu wygląd Demogoblina i Deathloka w wykonaniu tego artysty.

Ciężko mi obiektywnie ocenić Maximum Carnage. Za dzieciaka historia ta bardzo mi się podobała, a największym jej plusem była prezentacja wielu postaci, z którymi czytelnik nie miał do czynienia na co dzień w, ubogim wówczas, polskim światku komiksowym. Lecz, mimo sentymentu do tej historii,  wyraźnie widzę jej wady. Główny bohater, Spider-Man, smęci przez większość poświęconego mu czasu, przez co najciekawszą postacią wybijającą się na pierwszy plan jest Venom. Postępowanie głównego bohatera jest tym bardziej irytujące, że czytelnik dobrze zdaje sobie sprawę, iż każda jego zwłoka przyczynia się do powiększenia liczby ofiar. Antagonista taki jak Carnage, mordujący to tu, to tam, wypada blado na tle obecnego panteonu superzłoczyńców Marvela. Dopiero w ostatnim rozdziale wzbudza zainteresowanie, nękany przez wizje duchów swych pierwszych ofiar.  Ponadto zastanawiające jest to, że gdy całe miasto pogrąża się w chaosie doprowadzającym do fali brutalnych mordów, żadna z grup superbohaterskich nie przybywa z odsieczą.

Cała fabuła jest zbyt rozwlekła, pełna banałów i nudnych momentów. No i praktycznie nieskomplikowana. Jeżeli miałbym komukolwiek polecić ten tytuł to tylko jako ciekawostkę, w celu poznania pewnych trendów, które sprawiły, iż lata 90-te ubiegłego wieku są uznawane za niechlubny okres komiksu amerykańskiego. Dojrzałego czytelnika, liczącego na znalezienie w Maximum Carnage jakiegoś głębszego przekazu lub po prostu dobrej zabawy, czeka niestety rozczarowanie.

W drogę! Środki komunikacji w Azji [Szczecin]

„Summer Wars” – tom 1 [recenzja]