in , ,

O dziewczynie skaczącej przez czas – recenzja mangi

…bo ona skacze w tył i w tył?

Czas – skalarna (w klasycznym ujęciu) wielkość fizyczna określająca kolejność zdarzeń oraz odstępy między zdarzeniami zachodzącymi w tym samym miejscu. Zjawisko istniejące niezależnie od miejsca. Trwające i podążające jedynie naprzód. Nie do zatrzymania ani zawrócenia. Nic dziwnego, że ludzie – istoty żywe i rozumne – nie mogąc nic poradzić na upływ czasu, mogą tylko w wyobraźni powracać do wspomnień i marzyć o przeżywaniu ich na nowo.

A gdyby w jakiś tajemniczy sposób dało się podróżować przez czas i móc wrócić do wydarzeń z przeszłości? Czy wiedząc, co się wydarzy, można by zmienić bieg następstw? W takiej sytuacji znalazła się główna bohaterka mangi Toki-o kakeru shojo TOKIKAKE autorstwa Kotone Ranmaru i Tsuitsui Yasutaki. Historia dziewczyny skaczącej przez czas zyskała w Japonii taką popularność, że od wydania jej po raz pierwszy w formie opowiadania w 1967 roku, do dziś stworzono także cztery aktorskie filmy kinowe, trzy aktorskie dramy (czyli seriale), pełnometrażowy film animowany (w reżyserii słynnego Mamoru Hosody) oraz jednotomowa manga, opisywana w tej recenzji. Każda z wersji historii różni się fabularnie, stanowiąc sequel, prequel bądź remake pierwowzoru. Komiks oparty został na filmie anime z 2006 roku, stąd też w tych dwóch wersjach najwięcej podobieństw.

MOŻLIWE SPOILERY

„Uczennica drugiej klasy liceum, Makoto Konno, przyjaźni się z dwoma chłopakami – przyjacielem z dzieciństwa, Kousuke Tsudą, oraz Chiakim Mamiyą, który jakiś czas temu przeniósł się do ich szkoły. Jednak codzienność tej trójki, wypełniona wspólną grą w bejsbol, ulega nagłej zmianie, gdy Makoto odkrywa w sobie niezwykłą umiejętność – „skoki w czasie”… Tak oto zaczyna się jej dziwna, letnia przygoda.” – opis wydawcy Waneko.

Cała ta historia zawiera się w jednym tomie, a czterech rozdziałach, zwanych „momentami”. Właściwie jest bardzo kameralna, ponieważ oprócz trójki głównych bohaterów oraz cioci Yoshiyamy „Czarownicy” pozostałe postacie są tylko tłem i nie odgrywają większych ról. Mimo, że główny wątek skoków w czasie jak najbardziej nadaje się do szuflady sci-fi, to jednak historia trojga uczniów osadzona jest w japońskiej codzienności, w jakiej bohaterowie funkcjonują. Gdyby nie specjalna zdolność Makoto, byłaby to opowieść o beztrosce i młodości w letnim czasie. Postacie rozmawiają bowiem o sprawach typowych dla uczniów liceum, czyli nauce, przyszłości zawodowej (tak ważnej w japońskim społeczeństwie) oraz rozterkach sercowych. Czyli jak w innych historiach z gatunku „okruchy życia”. No właśnie, gdyby nie specjalna zdolność Makoto… Tak się bowiem dzieje, że zwyczajna rezolutna, spóźnialska nastolatka zyskuje możliwość skoków w czasie i korzysta z nich jak zwyczajna rezolutna, spóźnialska nastolatka… Na początku jest wesoło, zabawnie, bez zmartwień, jednak każda przyjemność posiada też drugą stronę medalu, a nieraz mimo że zna się przyszłość w żaden sposób nie można jej zmienić na swoją korzyść, nie wywołując przy tym negatywnych skutków.

Fabularnie autorowi scenariusza zależało najbardziej na ukazaniu więzi między trójką głównych bohaterów – jedną dziewczyną i dwoma chłopakami. I mimo że na początku wszyscy podkreślają, że są tylko kumplami, lubiącymi razem grać w baseball lub spacerować, w grę w końcu wchodzą i uczucia wyższe, które komplikują wypracowany swobodny układ. A manipulacje czasem sytuację jeszcze bardziej gmatwają. Trójka przyjaciół została celowo nieco skontrastowana wobec siebie, zgodnie z zasadą, że przeciwieństwa się przyciągają. Właśnie mimo pewnych różnic w charakterach Makoto, Chiaki i Kousuke dogadują się ze sobą, dopóki nie dojdzie do wyznania miłości. Tytułowa bohaterka, poprzez podróże w przeszłość, staje się bardziej dojrzała, przekonując się, że beztroska nie może trwać wiecznie i w końcu trzeba będzie zmierzyć się z dorosłością przez dokonywanie odpowiedzialnych wyborów i szanowanie decyzji innych osób. Z racji zwięzłości mangi, za dużo nie dowiemy się o szczegółach z życia głównych bohaterów, należy zatem zagłębić się i najbardziej skupić (o ironio) na teraźniejszości i z niej wyciągać wnioski. Mnie osobiście bardzo zainteresowała postać cioci Yoshiyamy i cieszę się, że w epilogu ukazano jej historię skoków w czasie, choć niestety w bardzo skróconej, niemalże domyślnej wersji, jednakże nieco tłumaczącej fabułę głównego opowiadania.

Wizualnie mangę czyta się z dużą przyjemnością dzięki ciekawemu stylowi rysowania Kotone Ranmaru. Kreska jest delikatna, bez niepotrzebnych udziwnień – przez to bohaterowie wyglądają jednocześnie realistycznie oraz mangowo, kojarząc się z typowymi japońskimi nastolatkami. Miejsce akcji kolejnych wydarzeń najczęściej osadzone jest w szkole, mamy jednak też nieco scen na świeżym powietrzu przed budynkiem nauki oraz nad morzem. Mnie osobiście też podobają się rysunki chmur i letniego nieba. Nieco chaosu wprowadzają kadry, w których Makoto skacze przez czas, ale jako że jest to element sci-fi musi także w wersji wizualnej różnić się od pozostałych realnych scen japońskiej rzeczywistości.

Nie ma niepotrzebnego nagromadzenia dialogów w dymkach, przez co lektura nie męczy. Również przypisów nie ma za wiele, co również pomaga skupić się na czytaniu.

Na obwolucie oraz pierwszych stronach komiksu możemy zobaczyć głównych bohaterów w kolorze a także podziwiać tarczę zegarową wkomponowaną w literę C, zaczynającą ostatnie słowo w tytule.

Polecam przeczytanie Toki-o kakeru shojo. Tokikake wszystkim, którzy lubują się w historiach z gatunku okruchy życia, ale nie razi ich także szczypta tajemnicy i nadnaturalności. Manga zapewni wam choć kilkadziesiąt minut rozrywki, a może i skłoni do refleksji nad pojmowaniem czasu lub też przywoła pozytywne, przyjemne wspomnienia. Ja czekałem na wydanie mangi w Polsce i jestem zadowolony, że dzięki wydawnictwu Waneko mogłem ją przeczytać i porównać z filmami.

Fan kultury japońskiej. Wielbiciel twórczości Quentina Tarantino i J. R. R. Tolkiena. Classic-metal maniac, Prelegent i cosplayer-amator na konwentach.
Spokojny, nieśmiały, z empatią dla innych.

Ruszył nabór do „Fantazmatów”

Ant-Man and the Wasp [recenzja]