in , ,

Punisher MAX. Komiks nie dla dzieci

Wypuszczenie przez wydawnictwo Egmont Punisher MAX na rynek Polski jest dla mnie jednym z najważniejszych wydarzeń komiksowych ubiegłego roku. Miło zrobić sobie przerwę od śledzenia zmagań superbohaterów w kolorowych kostiumach i „wrzucić na ruszt” coś poważniejszego, mroczniejszego, ale i dostarczającego dużej dawki rozrywki.

Imprint MAX, czyli alternatywna linia wydawnicza Marvela, swój debiut miał w 2011 roku i jest adresowany do dojrzałych czytelników, gdyż specjalizuje się w historiach pełnych przemocy, wulgaryzmów oraz czarnego humoru. Fabuły komiksów są często niekanoniczne z historiami z marvelowskiego uniwersum 616, w którym to mają miejsce opowieści zawarte w tytułach z głównej linii wydawniczej. Warto wspomnieć, iż Stan Lee otwarcie krytykował powstanie imprintu MAX. Recenzowany przeze mnie Punisher jest najpopularniejszym tytułem tej linii wydawniczej, przywracającym blask chwały Franka Castle, który przygasł po niefortunnych przygodach tego pana pod koniec ubiegłego wieku.

Powyższa grafika dobrze oddaje co Marvel zrobił w drugiej połowie lat 90-tych z Punisherem

Scenarzystą serii jest Garth Ennis, który, mając swobodę związaną z brakiem powiązań z głównym nurtem Marvela oraz brakiem ograniczenia wiekowego, stworzył historie mające szansę na długo wryć się w pamięć czytelnika. Frank Castle jest jeszcze bardziej brutalny oraz zawzięty w swojej krucjacie niż w kanonicznych komiksach. Widać piętno, jakie wycisnęła na nim jego wieloletnia batalia z marginesem społecznym. Jest cichy i wyalienowany. Zerwał wszelkie kontakty, w tym ze znanym czytelnikom przygód Punishera dawnym towarzyszem – Micro. Dzięki informacjom z fabuły można wywnioskować, że Frank jest tutaj w wieku 50-60 lat. Nie widać tego ani po jego wyglądzie, ani po formie jaką prezentuje, a jakiej pozazdrościć mógłby niejeden dwudziestoparolatek. Miejscem jego operacji dalej jest w głównej mierze Nowy Jork, pozbawiony opieki superbohaterów. Należy pamiętać, iż w przedstawionym w tej serii świecie nie ma bohaterów w trykotach. Nie ma, na przykład, Daredevila, który stawałby Punisherowi na drodze do brutalnego wymierzenia kary członkom irlandzkiej mafii, działającej w Hell’s Kitchen.

Podczas lektury Punishera Max wyraźnie rzuca się w oczy fakt, iż tak naprawdę niewiele kwestii jest przez Franka wypowiedzianych. Fabuła posuwa się naprzód przede wszystkim dzięki jego antagonistom, którzy dwoją się i troją, by rozwiązać problem, jakim jest obecność Castle’a na ich terenie, oraz jego „sojusznikom”. To ich poczynania i wypowiadane przez nich kwestie tworzą klimat porównywalny z filmami Tarrantino czy Rodrigueza, dostarczając czytelnikowi niezłej zabawy za sprawą m.in. czarnego humoru.

Warto wspomnieć, że w serii nie ma właściwie ani jednej nieskazitelnie pozytywnej postaci. Każdy ma coś za uszami, dzięki czemu bohaterowie wydają się bardziej realni niż ci, z którymi mamy do czynienia w głównym nurcie Domu Pomysłów.

Wspominałem, że w tym tytule nie ma dobrze nam znanych superherosów, ale za to epizodycznie wystąpiła moja ulubiona postać z ogromnego panteonu bohaterów Marvela – Nick Fury (ten klasyczny, biały 😛 ). Jeżeli czytaliście, wydaną parę lat temu przez nieistniejące już wydawnictwo Mandragora, serię Fury, wiedzcie, że mamy tu do czynienia z takim samym nieokrzesanym, wulgarnym, twardym szpiegiem, dla którego jedna prostytutka to zdecydowanie za mało.

W chwili obecnej wyszły 3 tomy serii, na łamach których widzimy prace różnych grafików. Nie będę tu opisywał każdego z osobna. Zamiast tego zachęcam do sięgnięcia po tę serię i przekonania się samemu, jak wypadła ona graficznie. Chciałbym jedynie wspomnieć o artyście, którego praca najbardziej przypadła mi do gustu. Mowa tu o Lewisie Larosa, który był odpowiedzialny za rysunki do pierwszej historii zawartej w tomie numer 1. Jego kadry oddają mrok, brutalność i powagę fabuły, a na ich tle rysunki pozostałych artystów, dla mnie osobiście, wypadają „grzecznie”. Przede wszystkim Castle w wydaniu Larosa sprawia wrażenie dużo bardziej realnego. Jest widocznie zniszczony wieloletnią walką ze złem toczącym ulice Nowego Jorku. Jego twarz pokrywają liczne blizny i bije z niej chłód oraz pewność siebie, nawet w beznadziejnej sytuacji. Patrząc na jego oblicze wiesz, że ten facet wiele widział w swoim życiu i trudno go zaskoczyć. Sam artysta przyznał, że, projektując postać Franka, jego twarz wzorował na twarzy Clinta Eastwooda, co zresztą widać szczególnie dobrze na poniższym kadrze:

Punisher MAX to naprawdę ciekawa pozycja, będąca odskocznią od standardowego komiksu superbohaterskiego. Na ponad 200 stronach z kredowego papieru, oprawionych w twardą okładkę, otrzymujemy pokaźną dawkę czarnego humoru, dobrze rozpisane postacie oraz wciągającą fabułę. Naprawdę gorąco zachęcam do zapoznania się z tą serią.

Pulsar 2849 – polska edycja już w marcu [Zapowiedź]

Odkryć Niewiadomą