in , ,

Shazzam! [recenzja filmu]

Taadaam! Shazam! spada na nas jak błyskawica (która jest jego symbolem) z nieba, pojawiając się w panteonie herosów DC. Czy będzie wiosenną jaskółką zwiastującą podniesienie się filmów z tej stajni z nizin oglądalności?


Przyznam, że nie jestem jakimś szczególnym fanem trykociarzy, ale jestem wstanie wychwycić różnicę między ich kinowymi uniwersami. Stawiam duży plus stajni Marvela. DC, po niespodziewanym sukcesie Aquamana, postanowiło iść za ciosem i wyciągnęło zapomnianego Shazama. Czy to był słuszny wybór? Możecie przekonać się sami, lecz lojalnie przestrzegam przed taką decyzją. Film jest skrzyżowaniem kina familijnego z superbohaterskim, który z założenia ma być komedią. Jest to więc pozycja bardziej dla młodego widza niż entuzjasty Deadpoola. Widać, że twórcy bardzo się starali, by była to komediowa historia, ale coś poszło nie tak. Śmiechu brak.

Są takie filmy, w zapowiedziach których widzimy wszystkie dobre momenty i najlepsze sceny. I właściwie mogą one spokojnie zastąpić kontakt z pozycjami filmowymi. I tak też jest w tym przypadku. Gdy zorientowałem się z czym mam do czynienia chciałem krzyknąć: Spaadaam! i pójść do domu zobaczyć coś przyzwoitego w domowym zaciszu. Ale zacisnąłem pięści i dotrwałem do końca. Chyba tylko po to, żeby zobaczyć Supermana bez twarzy skrytej po za kadrem kamery i poczekać  na to, co zaskoczy po napisach końcowych. W tychże napisach pojawiły się rysunkowe wersje Batmana, Wonder Women czy Supermana, które potwierdzały, że nasz bohater, Shazam, też należy do tego uniwersum. Ale czy naprawdę potrzebny był osobny film o jego historii? Dla kanału telewizji dziecięcej na pewno tak, ale dla wszystkich, którzy myśleli, że to będzie taki Thor 3 uniwersum DC, jest to strata czasu.

Nie kupuję tego bohatera, bo ani on śmieszny, ani heros. Potwierdza się stara prawda, że Marvel lepiej sprzedaje swoich superbohaterów, czy to w wersji z przymrużeniem oka, czy na poważnie. Dobrze, że Avangers są już na horyzoncie ze swoimi nowymi przygodami.

Można by dłużej pastwić się nad tą ekranizacją, skreślam jednak tylko te parę słów jedynie z poczucia obowiązku uratowania Waszych pieniędzy przed nietrafioną inwestycją w spędzenie czasu w kinie.
Tak więc przestrzegam: nie męczcie oczu tą pozycją – i spaadaam!

Staruszek Logan – tom 2: Berserk [recenzja]

Coś [#Żyjek25]