in

Zły rok Marvel Comics

Jeśli 2017 rok czegoś nas nauczył, to tego że potężna korporacja może nie mieć szczęścia przez cały rok. Podczas gdy w filmach i serialach Marvel święcił prawie same sukcesy, ciesząc się z ciepłego przyjęcia przez fanów dwóch kosmicznych epopei: Strażnicy Galaktyki 2 oraz Thor: Ragnarok, kolejnego serialu na Netfliksie w postaci Punishera oraz debiutu na Hulu ze skierowanym do nastolatków Runaways, komiksowe mocarstwo wydawało się niezdolne zrobić kroku bez wstąpienia na minę. Lista wpadek i potknięć jest tak długa, że aż warta przeanalizowania i może rywalizować z tym, jak bardzo swą reputację zdołali podkopać giganci gier komputerowych: Electronic Arts i Bungie. Oto Marvel, król komiksów. Patrzcie na jego dzieła i rozpaczajcie.

Zmiany i odrodzenia

Ponieważ rok 2017 Marvel rozpoczął będąc na przegranej pozycji, trzeba cofnąć się w czasie, by pokrótce wyjaśnić jak się tam znaleźli. Od kilku lat Marvel pokonywał swego największego i w sumie jedynego prawdziwego konkurenta – DC Comics – w walce o wyniki sprzedaży. Dodatkowo nagle zaczęli odnosić sukcesy z komiksami docelowo skierowanymi nie do nastoletnich i dorosłych mężczyzn, ale młodych kobiet i dziewczynek. Zyski zaczęły przynosić komiksy takie jak Ms. Marvel czy Squirrel Girl, zaskakującą popularnością cieszyła się Spider-Gwen, a szczególnym sukcesem kasowym okazało się odebranie Thorowi Mjölnira i przekazanie go jego dawnej miłości, Jane Foster – ruch ten wybił przygody boga gromów z zaledwie dobrze się sprzedających na pozycję jednego z najlepiej zarabiających tytułów wydawnictwa.

Zachęcony tym oraz imponującym debiutem nowej serii o przygodach Black Panthera, Marvel zaczął wprowadzać do swoich zeszytów więcej postaci żeńskich oraz reprezentujących mniejszości. Koreański geniusz Amadeus Cho uleczył Bruce’a Bannera i stał się nowym Hulkiem, po śmierci Logana miano Wolverine przejęła jego klon/córka Laura Kinney a Steve Rogers przekazał tarczę i kostium Kapitana Ameryki swemu czarnoskóremu przyjacielowi Samowi Wilsonowi. Nawet Tony Stark nagle zapadł w śpiączkę a jego serię przejęła czarnoskóra nastolatka, Riri Williams. Do tego wydawnictwo eksperymentowało z nowymi postaciami jak Gwenpool czy całkowicie żeńska drużyna A-Force.

Niektórzy twierdzą, że tak wiele nagłych zmian odstraszyło czytelników, ale wątpię w to – nie był to pierwszy raz gdy Marvel lub DC postąpili w ten sposób – za każdym razem dawni fani porzucali tytuł, ale zastępowali ich nowi. Tak samo było i tym razem: na każdego, kto nie mógł ścierpieć, że nagle komiksy są nie tylko dla białych mężczyzn, mogło przypaść kilka osób, które właśnie czegoś takiego szukały. Do czasu aż Marvel nie storpedował własnych wysiłków serią złych ruchów.

Zaczęło się od zawieszenia wszystkich tytułów na czas wielkiej komiksowej historii Secret Wars (Tajne Wojny), z których wróciła część, a niektóre zostały zastąpione nowymi – wielu fanów myślało, że ich serie się skończyły i zwyczajnie nie wróciło do nich albo pogubiło w żonglerce nazwami i postaciami. Co nie jest trudne, gdy czytelnik Avengers zastanawia się, czy powinien sięgnąć po serię Uncanny Avengers, New Avengers czy All-New All-Different Avengers. Ta sama historia, która zakończyła się przejęciem czerwono-złotego pancerza przez Riri, zaczęła się od uśmiercenia Jamesa Rhodesa – czarnoskórego bohatera znanego jako War Machine. Ci sami czytelnicy, których Marvel chciał przyciągnąć byli wściekli, gdy zdali sobie sprawę, że zginął on tylko po to, by jego najlepszy przyjaciel i ukochana – Iron Man i Captain Marvel – mogli obwiniać siebie nawzajem. Kiedy ktoś chce przyciągnąć więcej czarnoskórych fanów, zabicie jednego z najbardziej rozpoznawalnych czarnych bohaterów po to, by dwoje białych mogło skoczyć sobie do gardeł jest co najmniej dziwne. Gdy Riri wkroczyła na scenę mogło się wręcz zdawać, że Marvel traktuje czarnoskórych bohaterów wyłącznie w kategorii zamienników.

Kilka podobnych wpadek, jak na przykład scenarzysta Spider-Man 2099 publicznie wykrzykujący na konwencie, jak nienawidzi Romów czy Ike Perlmutter, CEO Marvela, przekazujący milion dolarów Donaldowi Trumpowi, zatwardziałemu konserwatyście, zmusiły nowych fanów do kwestionowania, czy wydawca jest naprawdę tak postępowy, za jakiego chce uchodzić. Największa kontrowersją był jednak powrót Steve’a Rogersa do roli Kapitana Ameryki – niemal natychmiast bohater ujawnił czytelnikom swą lojalność wobec Hydry, organizacji terrorystycznej silnie powiązanej i powszechnie kojarzonej z nazistami. Idea, że bohater stworzony w czasach drugiej wojny światowej przez dwóch Żydów jako anty-nazistowski symbol był przez te wszystkie lata podwójnym agentem, została odebrana jako co najmniej w złym guście. Próby wmawiania przez scenarzystę Nicka Spencera, że to nie jest żadne pranie mózgu ani fałszywe wspomnienia zaszczepione przez złoczyńcę (którymi się cała heca szybko okazała) brzmiały jak obrażanie inteligencji czytelników. Podobnie zapewnienia, że Hydra nie jest wcale związana z nazistami, ale była wzorowana na adwersarzach Jamesa Bonda, organizacji Spectre, a jakiś mało znany komiks twierdził jakoby istnieli od tysiącleci jako kult śmierci, brzmiały pusto. Jaka to zresztą różnica, gdy we wszystkich mediach, w jakich się pojawiła ta organizacja, nigdy nie wykazywała żadnego oporu we współpracy z nazistami, a nawet była wielokrotnie dowodzona przez byłych ludzi samego Hitlera?

Jakby tego było mało, DC nagle się obudziło i zaczęło wygrywać w walce o czytelników nową linią wyjątkowo dobrych komiksów, które postawiły sobie za cel naprawienie zmian, jakie odstraszały od nich fanów przez poprzednie lata. Inicjatywa Odrodzenie DC okazała się ogromnym sukcesem, a jednocześnie oferowała sporą liczbę tytułów celujących w tę sama grupę odbiorców, o którą zabiegał Marvel. Wiele ich pozycji kosztowało mniej niż Marvela, oferowali przy tym właścicielom sklepów możliwość zwrotu niesprzedanych kopii niektórych pierwszych numerów. W połączeniu zapewniło to DC półroczną dominację na rynku sprzedaży.

Złe gorszego początki

W takim więc stanie znajdujemy Dom Pomysłów na początku 2017 roku. I jaka jest ich pierwsza decyzja? Do każdego zamówienia dodać sklepikarzom dziesięć procent gratis. Dla naiwnego fana może to wyglądać jak miły gest w stronę sprzedawców i Marvel tak właśnie go uzasadniał – dorzuceniem kilku numerów bonusowo, aby właściciele sklepów nie musieli zamawiać dodruków, gdy nowe hity Marvela zejdą jak ciepłe bułeczki. W rzeczywistości sprzedawcy byli wkurzeni, że te zeszyty zabierają im cenne miejsce i próbowali się ich za wszelką cenę pozbyć. Chociaż Marvel udawał, że sprzyja sklepikarzom, było jasne, że robi to tylko po to, aby wypaść lepiej w zestawieniu miesięcznym i móc wmawiać zarówno fanom jak i Disneyowi, że dalej kontroluje rynek. Co gorsza, darmówki wcale nie były takie darmowe, ponieważ o ile Marvel rozdawał komiksy za darmo, to dostawca, firma Diamond, kazał sklepikarzom płacić za powiększone zamówienie.

Drugim ruchem Marvela było grzebanie w kodach do ich wersji elektronicznych. Gwoli wyjaśnienia, każdy zakupiony komiks posiadał kod pozwalający za darmo pobrać jego elektroniczną kopię którą można było zatrzymać albo podarować. Wielu fanów lubi mieć zabezpieczenie swojej kolekcji w tej formie. W styczniu Marvel nagle zastąpił kod do wersji zakupionego komiksu kodami do innych, dodawanymi losowo, najwidoczniej licząc, że ludzie będą kupować kilka razy kopie każdego zeszytu aby zebrać kody do elektronicznych kopii starych, wycofanych ze sprzedaży numerów.

Jednak prawdziwa bomba wybuchła w marcu – wtedy Marvel na spotkaniu z właścicielami sklepów próbował ocalić twarz przez zrzucanie winy na każdego, kogo się tylko dało. Twierdził, że dywersyfikacja ich postaci odstraszyła czytelników. Że to wina rysowników, którzy nie są już na tyle sławni, by przyciągać fanów samym nazwiskiem. Że to wina scenarzystów, którzy odeszli do Image i DC. Że mini-serie się nie sprzedają i wszystko musi być częścią wielkiego, zmieniającego wszystko komiksu-wydarzenia, tak zwanego eventu. Że jednocześnie te same eventy nie sprzedają się już jak dawniej i najlepszym rozwiązaniem jest robić ich więcej, tak aby jeden zaczynał się zanim drugi się skończy.

Na zbijanie ich argumentów mógłbym poświęcić nie tylko osobny tekst, ale całą książkę. W dużym skrócie – Marvel powinien był się zastanowić co sprawiło, że rysownicy nie mają statusu gwiazd i czemu scenarzyści opuszczają ich tak tłumnie, oraz czy powód, dla którego wszystko przestało się sprzedawać, nie leży właśnie w przesycie wielkimi eventami. A argument, że nagłe wprowadzenie większej ilości postaci, które nie są białymi heteroseksualnymi mężczyznami, odstraszyło czytelników, można włożyć między bajki. W końcu DC, wbrew temu co twierdzą zarówno Marvel jak i krytycy dywersyfikacji, ma sporo takich serii. I radzą sobie one o wiele lepiej.

Hydra podnosi łeb

W kwietniu wybuchła kolejna kontrowersja, gdy okazało się, że Adrian Syaf, filipiński rysownik i muzułmanin, przemycił do pierwszego numeru nowej serii o X-Men odniesienia do toczących się aktualnie w jego kraju protestów o wydźwięku antychrześcijańskim i antysemickim. Syaf został zwolniony i trafił na czarną listę komiksowych wydawców, a inni muzułmanie w branży, jak scenarzyści serii Black Bolt i Ms. Marvel, Saladin Ahmed i G. Willow Wilson, potępili jego działania. Jest jednak raczej nieuniknione, że w obecnym politycznym klimacie, akcje tego jednego człowieka będą rzutować negatywnie na karierę młodych scenarzystów i rysowników, których jedyną winą będzie, że wyznają tę samą religię. W tym samym czasie scenarzysta Avengers i Champions, Mark Waid, musiał opuścić Twitter w obliczu rozwścieczonej reakcji fanów gdy przyznał, że ma ochotę pobić Jude’a Terrora, dziennikarza zajmującego się komiksami i plotkami serwisu Bleeding Cool.

Prawdziwą bombą był jednak event Secret Empire (Tajne Imperium), zwieńczenie wspomnianej wcześniej historii, w której Kapitan Ameryka stał się agentem Hydry. Chcąc wypromować wydarzenie Marvel zachęcał właścicieli sklepów komiksowych, aby w dzień wydania pierwszego zeszytu rozwieszali loga Hydry w swoich sklepach i ubrali pracowników w koszulki z nim. Przypominam, że w tamtym momencie przez ponad pół roku Marvel próbował przekonać ludzi, że Hydra nie jest organizacją nazistowską ale jedyne, co im się udało osiągnąć, to zyskać poparcie prawdziwych neonazistów. Reakcja na ten pomysł była więc łatwa do przewidzenia. Wspomniany Jude Terror ujął to najlepiej stwierdzając, że plan wzleciał w powietrze jak ołowiany balon.

Secret Empire było cierniem w oku Marvela przez większość roku. I wydawca sam ponosi za to winę – z jednej strony desperacko zabiegał o kontrowersję i szum wokół historii, z drugiej Nick Spencer i edytor Tom Brevoort reagowali świętym oburzeniem i płaczem w mediach społecznościowych ilekroć ktoś ośmielił się narzekać na ich posunięcia. Nie wystarczyło, że Hydra wprowadza w życie plan złego Rogersa i podbija Stany Zjednoczone. Marvel musiał jeszcze zasugerować, że naziści wygrali II wojnę światową, ale alianci użyli Kosmicznego Sześcianu (albo, dla fanów MCU, Tessaractu) by zmienić historię. Gdy ludzie zwrócili uwagę na dogłębną głupotę takiego pomysłu, Nick Spencer udawał ofiarę na Twitterze. Na Free Comic Book Day (inicjatywa, gdzie każde wydawnictwo wydaje specjalny darmowy zeszyt promujący ich tytuły) Marvel wydał komiks pokazujący jak Hydra z komiczną wręcz łatwością roznosi w pył bohaterów Marvela, Steve Rogers podnosi Mjölnir zabrany wygnanej do innego wymiaru Jane Foster, a narrator z kaznodziejskim zapałem rozwodzi się jaka wspaniała i godna władzy jest Hydra. Fani odpowiedzieli serią video, w których palą swoje kopie zeszytu. Rozwścieczony Spencer zaczął wyzywać ludzi od faszystów, póki ktoś mu łaskawie nie wyjaśnił, że niszczenie swojej prywatnej własności i masowe publiczne palenie książek z polecenia rządu to nie to samo.

Kontrowersja urosła do takiego rozmiaru, że Marvel był zmuszony wydać oficjalne oświadczenie przez serwis ABC, w którym zapewnił, że wszystko dobrze się skończy, Kapitan Ameryka wróci do normy a jego serce i dusza, nie tarcza i muskuły, pokonają Hydrę. Nie jest to potwierdzone, ale zarówno Marvel jak i ABC są własnością Disneya, więc istnieje możliwość, że to Mickey zlecił ten krok, by zdusić problem w zarodku. Jednak podjęte kroki nie pomogły, a Secret Empire okazało się jednym z najgorzej sprzedających się eventów Marvela w ciągu ostatniej dekady.

W zaistniałej sytuacji Marvel ogłosił kolejną inicjatywę – Marvel Legacy. Miała ona być odpowiedzią na Odrodzenie DC, jednak gdy tamta inicjatywa była niemalże całkowitym przetasowaniem w tytułach wydawnictwa, Legacy w ostatecznym rozrachunku okazało się być doklejeniem kilku tytułom nowej numeracji i dodaniem specjalnych, holograficznych okładek oddających honor starym komiksom. To ostatnie podpatrzyli zresztą od DC, które nieźle zarobiło wypuszczając podobne okładki do historii Batman/Flash: the Button oraz Superman: The Oz Effect. Chciwość dała jednak o sobie znowu znać. Marvelowi nie wystarczyło zarobić dobre pieniądze, on musiał zagarnąć ile się da. Więc ogłosił, że aby mieć w ogóle prawo do zamówienia komiksu z hologramem, właściciele sklepów muszą kupić określoną ilość kopii z regularną okładką, będącą czasami nawet dwukrotnością regularnego zamówienia. W praktyce oznacza to, że jeśli sklep zazwyczaj sprzedaje 10 kopii jakiegoś zeszytu i czytelnicy chcą hologram, nagle trzeba zamówić trzydzieści kopii – a z regularnych 20 zapewne nie sprzeda się ani jedna. Marvel stosował takie wybiegi wcześniej, jednak teraz obiecywał zaniżyć te wymagania i okazał się kłamcą. W tej sytuacji sklepikarze często zwyczajnie bojkotowali inicjatywę. A Marvel i tak znalazł sposób aby mogli kupić te zeszyty później – co z kolei rozłosciło wszystkich innych sprzedawców.

Wtedy też Marvel zauważył, że ich strategia marketingowa nie wystarcza i sięgnął po… spoilery. W wywiadzie dla „New York Times” zdradzili zakończenie Secret Empire, w którym Kapitan Ameryka zostaje podzielony na dobrego i złego, i ten pierwszy używa bynajmniej nie serca i duszy, a tarczy i muskułów, by spuścić drugiemu lanie. Informację, że w komiksie oficjalnie otwierającym Marvel Legacy Wolverine wraca do życia, wypuścili do Internetu na kilka dni przed wyjściem samego zeszytu. Komiks ten zszedł jak ciepłe bułeczki i został najlepiej sprzedającym się zeszytem roku. Niestety, sama inicjatywa nie miała tak dobrych wyników. W Odrodzeniu DC sprzedaż wszystkich komiksów poszła w górę na wiele miesięcy, w Marvel Legacy fani kupili numery z holograficznymi okładkami, a potem wyniki sprzedaży wróciły do poprzedniego poziomu albo nawet gorzej – wielu ludzi pogubiło się w zmianie numeracji i tytułów. Dodajmy, że w większości przypadków te hologramy nawet nie działały.

Wydaje się, że nawet Disney nie jest zadowolony z postawy Marvela. Wskazywać może na to fakt, że obecnie medialny gigant zlecił wydanie komiksu powiązanego z serialem Big Hero Six – kontynuacją filmu animowanego sprzed paru lat. I chociaż BH6 jest wzorowane na komiksie Marvela, licencję na nowy komiks dostało mniejsze wydawnictwo IDW – podobno przy pracy nad filmem ludzie z Marvela byli tak nieprzyjemni, że ekipa odpowiedzialna za kontynuację nie chciała mieć z nimi do czynienia.

ComiCon Catastrophe

Październikowy New York ComiCon był dla Marvela katastrofą. DC było w centrum uwagi z eventem Dark Nights: Metal oraz uruchomieniem dwóch nowych imprintów: Dark Matter i przywróconego do życia Milestone. Szczególnie komiksy zapowiedziane w ramach Dark Matter musiały ugodzić Marvela, będąc wręcz bezczelnie wymierzone w zapełnienie tej samej niszy, co ich tytuły. Damage jest ich Hulkiem, Brimstone – Ghost Riderem, a Sideways – Spider-Manem. Seria the Terrifics składa się z czworga mniej znanych superbohaterów: mogącej znikać nastolatki Phantom Girl, uważanego za jednego z najmądrzejszych ludzi na świecie Mr. Terrific, rozciągającego się żartownisia Plastic Mana oraz wiecznie nieszczęśliwego, że jego moce nadały mu postać potwora, Metamorpho. DC nie mogło bardziej otwarcie wydrwić z tego, że Marvel od 2015 musiał zaprzestać publikowania przygód Fantastic Four z rozkazu Perlmuttera, który był wściekły, że FOX nie chce oddać praw do filmowej adaptacji przygód drużyny. Z powodu tego samego konfliktu Marvel musiał spędzić ostatnie kilka lat marginalizując jedną ze swoich najbardziej kasowych franczyz – X-Men, i próbując na siłę wepchnąć w ich rolę zupełnie inną grupę, którą Perlmutter naznaczył na ich następców w MCU – Inhumans. Wysiłki te, kumulujące się w evencie Inhumans vs X-Men, spełzły na niczym i jedynie nastawiły fanów mutantów negatywnie do Inhumans. Efektem tego trzy nowe, całkiem dobre serie – Royals, Black Bolt i Secret Warriors – nie mogły znaleźć czytelników. Co gorsza serial o Inhumans zadebiutował przeszło miesiąc temu i został zgodnie okrzyknięty jedną z największych klap MCU. Stał się również obiektem drwin gdy w maju ukazały się pierwsze zdjęcie z obsadą ubraną jak biedni cosplayerzy. Wisienką na torcie było ujawnienie po odejściu z Marvela przez Jeffa Lemire’a, scenarzysty the Terrifics i współautora Inhumans vs X-Men, że cała jego praca nad eventem i serią Extraordinary X-Men była pisana pod dyktando i wedle ściśle określonego planu redakcji.

Tymczasem panel Domu Pomysłów został zdominowany przez wściekłych sprzedawców, którzy uznali zastąpienie klasycznych bohaterów Marvela nowymi za winne obniżeniu wyników sprzedaży, a więc też o własne straty. Osobiście uważam to za bardzo naiwne podejście – w końcu to nie pierwszy raz, gdy wydawnictwa postępują w ten sposób (wystarczy wspomnieć lata 90., gdy DC zastąpiło jednocześnie Supermana, Batmana i Wonder Woman czy zeszłą dekadę, gdy Kapitanem Ameryką był Bucky, a Batmanem – Dick Grayson). Obecne pokolenie bohaterów miało jedynie pecha pojawić się w czasie, gdy Marvel zdołał skumulować za dużo złej woli, a nadzieje fanów zbyt często zostały zawiedzione – czytelnicy nie chcieli dać wydawcy kolejnej szansy.

Ta utrata zaufania wynika z ponad dekady rzucania w czytelników powiększającą się ilością komiksów, które zmieniają wszystko na zawsze (czytaj: do wydania kolejnego takiego komiksu) i zabijają lub wypaczają charakter ukochanych bohaterów – byle o nich mówiono. Jedna sprawa, gdy dostajemy kiepskie wydanie w ramach jednej serii jak Superior Spider-Man czy Avengers Arena, ale gorszym problemem są eventy, które nie tylko same w sobie mieszają, ale jeszcze zmuszają inne komiksy, by przerwały swoje historie i zajęły się ich opowieściami, często przez kilka numerów. W 2017 DC zrobiło tylko jeden duży event i był on wciąż stosunkowo mały – Dark Nights: Metal trzyma się głównie własnej serii i zeszytów specjalnych. Z wyjątkiem serii Justice League żaden komiks nie musiał mu poświęcić uwagi na dłużej niż jeden numer. Poza tym trzymali się małych eventów, które zajmują maksimum trzy serie na nie dłużej niż miesiąc, jak Superman Reborn, Batman/Flash: The Button, Teen Titans: Lazarus Contract czy Super Sons of Tomorrow. Marvel tymczasem rzucał jednym eventem za drugim. Prócz Secret Empire mieliśmy w zeszłym roku Inhumans vs X-Men, Amazing Spider-Man: Dead No More: The Clone Conspiracy, Spider-Man/Spider-Gwen: Sitting in a Tree, Monsters Unleashed, Generations i Weapons of Mutant Destruction.

A chociaż Marvel obiecał nie robić eventów przez półtorej roku po zakończeniu Secret Empire, niemal natychmiast złamał tę obietnicę wypuszczając jeszcze Venomverse, X-Men: Mojo Worldwide, Avengers/Champions: Worlds Collide, Spider-Man/Venom: Venom Inc., idiotycznie nazwane X-Men: Phoenix Ressurection: The Return of (Adult) Jean Grey i planowane na 2018 Avengers: No Surrender, X-men/Venom: Poison X i Countdown to Infinity. W chwili gdy miałem oddać ten tekst do redakcji ogłosił jeszcze jeden – Venomized. Od zakończenia Secret Empire wypuścił lub zamierza wypuszczać nowy event co miesiąc, twierdząc przy tym, że nie łamie danego słowa, bo to są mniejsze eventy, które nie wpływają na całą linię, podobnie jak te z DC – ale robiąc ich o wiele za dużo wychodzi na to samo, nieważne jakie gierki słowne by stosować. W takiej sytuacji trudno brać jakiekolwiek marvelowskie zapewnienia na poważnie.

A co do ludzi narzekających, jak to dywersyfikacja została wciśnięta fanom na siłę przez Marvela, chciałbym coś zauważyć. Z tego pokolenia bohaterów większość ma w najlepszym razie solowy komiks, występuje w serii zespołowej i czasami zaliczy gościnny występ, gdzie przy odrobinie szczęścia powie dwa zdania. Amadeus Cho miał udział w jednym evencie, Weapons of Mutant Destruction. Miles Morales i Spider-Gwen mieli wspólnie Sitting in a Tree, które mam wrażenie istniało tylko po to, by scenarzyści nie musieli mieć do czynienia z Clone Conspiracy, które dotknęło wszystkich innych komiksów z pajęczego zakątka. Kamala Khan występuje w swojej serii i dwóch seriach zespołowych – Champions i Secret Warriors. I to w sumie tyle, może parę występów gościnnych tu i tam. Venom tymczasem ma własną serię i cztery eventy wokół swojej osoby, ale jakoś nikt nie narzeka, że jego nam wciskają na siłę. I biorąc pod uwagę, jak kiepskie są Venomverse i Venom Inc., śmiem wątpić, że ma to cokolwiek wspólnego z jakością jego komiksów.

Wróćmy jednak na ComiCon. To w końcu nie tylko jeden panel, prawda? I owszem, Marvel miał kilka paneli, które poszły o wiele lepiej. Jednak najbardziej zapadły w pamięć dwa, które się nie odbyły. Po pierwsze,  Marvel i Netflix miały pokazać zajawkę nadchodzącego serialu the Punisher. Wydarzenie jednak odwołano, gdy tydzień przed konwentem jakiś człowiek otworzył ogień do niewinnych ludzi w Las Vegas. Rozsądnie uznano, że promowanie serialu o Franku tak szybko po tej tragedii byłoby w złym guście.

Później firma nagle ogłosiła, że tego samego dnia na innym panelu oficjalnie rozpocznie współpracę z Northrop Grumman, w ramach którego wydawnictwo zacznie publikować serię mającą zachęcić młodych ludzi do szukania zatrudnienia w tamtej korporacji. W ciągu dwudziestu czterech godzin zarówno panel jak i samą inicjatywę odwołano pod wpływem negatywnej reakcji ze strony fanów i komiksowych profesjonalistów. Widzicie, Northrop Grumman jest producentem broni. Wielu z was zadaje sobie zapewne pytanie, jak jedna firma może uznać, że w tydzień po zabiciu niewinnych ludzi przez jakiegoś drania z pistoletem nie jest właściwe promowanie serialu o człowieku używającym broni palnej, ale współpraca z handlarzem taką bronią już tak. Podobne pytania otwarcie zadawał twórca postaci Franka Castle, Gerry Conway, a niektórzy scenarzyści Marvela (w tym wspomniana wyżej G. Willow Wilson) otwarcie mówili, że gdyby Marvel nie wycofał się z tej umowy, odeszliby.

Nie znaczy to, że redakcji Marvela nie czekało kilka zmian.

Seks, kłamstwa, pszczoły

Pierwszy ewakuował się wspomniany już Gerry Conway. Weteran ten odchodził i wracał nie raz, ale warto zwrócić uwagę, w jakich okolicznościach odszedł tym razem. Conway pisał serię the Amazing Spider-Man: Renew Your Vows, osadzoną w alternatywnej rzeczywistości, gdzie Peter i Mary Jane są małżeństwem i mają dziesięcioletnią córkę. Była to oczywista próba naśladowania serii Superman: Lois i Clark, która dostępna jest na naszym rynku. Obie serie były nawet kontynuacjami miniserii które wydano w ramach wielkiego eventu o światach alternatywnych (Covergance: Superman i Secret Wars: Amazing Spider-Man: Renew Your Vows). Obydwa tytuły miały na celu przyciągnąć dawnych fanów flagowego bohatera którzy odeszli, gdy wydawca zdecydował się wymazać jego małżeństwo z głównego nurtu wydawniczego. Obydwa były wydane z myślą, że nie przetrwają długo, a okazały się zadziwiającym sukcesem. Ale DC zrozumiało swój błąd i zastąpiło odmłodzonego Supermana z New 52 Supermanem z żoną i dzieckiem, a Danowi Jurgensowi, autorowi Lois i Clark, dało do pisania Action Comics. Tymczasem Marvel nie chciał przyznać się od obstawienia złego konia, więc zaczął mieszać w Renew Your Vows. Wymusił zamknięcie wszystkich wątków prowadzonych przez Conwaya w dwunastu numerach, a następnie przeskok o osiem lat w przyszłość, przez co postać, dla której wielu fanów czytało ten komiks – córka Petera i MJ, Annie – stała się praktycznie zupełnie inną osobą. Komiks dalej wychodzi, ale w rękach nowy autorów – Conway miał sztuczek Marvela powyżej uszu, więc rzucił projekt. Ostatni numer serii z jego nazwiskiem to #9 – następne trzy rysownik Ryan Stegman musiał opracować sam. Później i on odszedł. Te zmiany były jednak tylko niewielką kontrowersją – prawdziwa burza miała dopiero nadejść.

Brian Michael Bendis pracował dla Marvela przeszło dwie dekady, odpowiada między innymi za stworzenie takich postaci jak: Jessica Jones, Layla Miller, Miles Morales, Maria Hill, Daisy Johnson czy Riri Williams, współtworzył linię Ultimate Marvel, zrewolucjonizował Avengers, napisał długą i kochaną przez fanów i krytyków serię o przygodach Daredevila, długą i znienawidzoną przez fanów i krytyków serię o Strażnikach Galaktyki, przez krótki czas maczał też palce w X-Men, Moon Knightcie czy Spider-Woman. Stał się najbardziej popularnym i kasowym scenarzystą Marvela, było wręcz niemożliwe myślenie o wydawnictwie bez niego. I nagle w listopadzie DC Comics oficjalnie podało do informacji, że podpisało z Bendisem długoterminowy kontrakt na wyłączność. Jakkolwiek sam jest dość kontrowersyjnym autorem, a niektórzy spekulowali czy ten ruch nie jest znakiem jakichś wewnętrznych walk o władzę w DC, jego odejście jest znaczące. Ten człowiek miał przysłowiowe klucze do królestwa. Jak źle muszą sprawy wyglądać, gdy nawet on odszedł?

Jesień 2017 upłynęła w atmosferze ogólnego skandalu, gdy coraz więcej kobiet zdobyło się na odważny krok by mówić o niezliczonych przypadkach molestowania seksualnego w Hollywood. Środowisko komiksowe przypomniało sobie o Eddie’em Berganzie – edytorze DC, którego karygodne zachowanie było tajemnicą poliszynela, ale który zawsze był widziany jako zbyt dobrze postawiony, aby można go było usunąć. Tym razem, z pomocą Warner Bros., DC wyrwało go jak chwast. Tego samego dnia Marvel zatrudnił jako zarządcę ich dywizji Nowych Mediów Rona Richardsa, którego niezdolność do trzymania rąk przy sobie jest również powszechnie znana. Oczywiście niektórzy zaczęli uszczypliwie pytać, kiedy w takim razie Marvel zatrudni samego Berganzę.

fot. Pat Loika, źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:CB_Cebulski.jpg

Pięć dni później Marvel ogłosił, że ich redaktor naczelny, Axel Alonso, ustępuje z pozycji i odchodzi z firmy. Jego miejsce zajął C.B. Cebulski, który do tej pory pracował głównie jako łowca talentów w krajach Azjatyckich. Jeśli ktoś jednak myślał, że ta zmiana będzie oznaczać, że Marvel weźmie się za siebie, to się przeliczył – niedługo później wyszło na jaw, że w zeszłej dekadzie Cebulski działał jednocześnie jako edytor pod własnym nazwiskiem oraz scenarzysta komiksowy, pod pseudonimem Akira Yoshida. Jeśli ktoś z was nie rozumie co jest złego w pseudonimie, śpieszę wyjaśnić. Po pierwsze, w tamtym okresie Marvel zabronił swoim edytorom pracować jednocześnie jako scenarzyści – zakaz, który Cebulski złamał. Co więcej, Akira Yoshida nie był tylko pseudonimem, ale całą fałszywą tożsamością ze zmyślonym życiorysem – udając Japończyka Cebulski dostał pracę nad komiksami osadzonymi w Japonii, których wydawcy szukali prawdziwego japońskiego scenarzysty, by nadał im autentyczność – innymi słowy kłamał, by dostać posadę i kradł sprzed nosa pracę azjatyckim pisarzom. Niektóre źródła twierdzą też, że autorzy przychodzili do Cebulskiego z pomysłami na nowe komiksy, które ten odrzucał po to, by następnie wykorzystać je w seriach pisanych przez Akirę Yoshidę.

Podobna praktyka wyszła na jaw niedługo później, jakkolwiek tym razem bez fałszywych nazwisk. Jim Starlin, twórca takich postaci jak Thanos, Drax czy Gamora zapowiedział, że trylogia powieści graficznych, którą pisze dla Marvela, będzie ostatnim, co dla tego wydawnictwa napisze. I o ile Starlin, podobnie jak Conway, odchodził i wracał wielokrotnie, warto tym razem zapoznać się z jego argumentami. Pomimo lat współpracy, edytor Tom Brevoort nie reagował na prośby Starlina, aby dać mu do pisania miesięczną serię o Thanosie. A potem nagle wydawnictwo zapowiedziało nową historię o Szalonym Tytanie z fabułą niemal identyczną do tej, jaką Starlin proponował. Brevoort wypierał się jakoby historie te były podobne, jednak autor uznał po prostu, że go tu nie chcą i spakował walizki.

Zwieńczeniem niepowodzeń były grudniowe zapowiedzi komiksów na marzec 2018. Czytelnicy zauważyli, że co najmniej kilku tytułów brakuje, a inne wyglądają jakby się kończyły. Zapytani autorzy tych serii potwierdzili obawy. Po cichu Marvel szykował zamknięcie około 13 pozycji, w tym Royals, Secret Warriors, America, Generation X, Jean Grey, Iceman, U.S. Avengers, Uncanny Avengers, She-Hulk, Hawkeye, Luke Cage, Defenders i Gwenpool. To mniej więcej tyle, ile nowych tytułów zamierza wprowadzić w tym okresie na rynek DC.

Jednak to jeszcze nie koniec marvelowskiego festiwalu pecha i głupoty. Na trzy dni przed końcem roku Marvel ogłosił nową inicjatywę – uruchomienie platformy Create Your Own, gdzie każdy może użyć gotowych modeli postaci i otoczenia, by stworzyć własne komiksy z bohaterami Marvela. Pod warunkiem, że zrzeknie się praw do każdego stworzonego przez siebie w ten sposób komiksu, rzecz jasna, oraz że będzie przestrzegać wytycznych, czego nie wolno robić. Zabronione są wszelkie treści, które mogą przerazić małe dzieci lub ich rodziców, używanie przez postaci narkotyków, leków, witamin, suplementów diety i środków antykoncepcyjnych, nie tylko przekleństwa ale też symbole używane w ich miejscu jak @#$%, gierki słowne, broń palna, wspominanie o studiach filmowych nie współpracujących z Marvelem i parkach rozrywki nie należących do Disneya, poruszanie tematów politycznych lub społecznych, wliczając promowanie “alternatywnych stylów życia”, sugestywne lub seksualne tematy (wliczając nagie brzuchy), sensacjonalizm, skandale, kosmici i pszczoły. Według tej listy zabroniony jest cały wachlarz postaci z Marvel. Widząc tyle ograniczeń jedni oskarżali wydawnictwo, że chce wystrychnąć fanów na dudka i sprawić, że będą robić dla nich darmowe reklamy. Inni wręcz przechrzcili ten program symulatorem Comic Code Authority.

Kłamstwa, nieprofesjonalne zachowanie, chciwość, korporacyjne przepychanki. Oto obraz Marvela w roku 2017. Kolos na glinianych nogach. Wbrew temu, co twierdzą jednak polityczni demagodzy, nie jest to bynajmniej wina tego, że wydawca próbował zróżnicować swoją linię i szukać nowych grup odbiorców. Marvel znalazł się w tej pozycji przez złe decyzje towarzyszące tej zmianie, jak również często błędne posunięcia na innych polach oraz konsekwencje błędów sięgających nawet dziesięciu lat wstecz. Dlatego tak ciężko będzie mu teraz naprawić swój wizerunek. Szkoda tylko, że przez jego porażki cierpią dobre serie komiksowe i ich fani.

Tomb Raider coraz bliżej

Katalog Non Stop Comics