in ,

Kevin (nie) sam w (polskim) domu

analiza popkulturowa, nie do końca serio

Poniższy artykuł został napisany z mocnym przymrużeniem oka, a wszelkie poglądy w nim zawarte są indywidualnymi poglądami autora.

Szukając dodatkowych atrakcji artystyczno-emocjonalnych w niedawno miniony wigilijny wieczór, dołączyłem do licznej rzeszy wyznawców (zwłaszcza polskich) wieloletniej tradycji…i ponownie zagłębiłem się w fabule komediowego megahitu lat 90. czyli „Kevina samego w domu” (Home Alone, reż. Chris Columbus). Łącznie film obejrzałem w swoim życiu chyba trzy- lub czterokrotnie, od ostatniego seansu minęło jednak kilka lat. Do seansu zasiadłem jednak nie tylko w celach czysto rozrywkowych, ale też powiedzmy „naukowych”, chcąc wywnioskować dlaczego film nadal cieszy się sporą popularnością. Nie można bowiem ignorować uwielbienia świątecznych przygód pomysłowego Kevina, które szczególnie w Polsce cieszą się nadal popularnością do tego stopnia, że kilka lat wstecz zorganizowane zostały protesty w internecie oburzonych fanów, którzy nie doczekali się swego ukochanego filmu w wigilijny wieczór. Dlatego można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że stacja telewizyjna z żółtym słoneczkiem w logo, stała się zakładnikiem „Home Alone”, skoro corocznie od 1997 r. (z wyjątkiem 2010 r.) uwzględnia komedię w ramówce świątecznej.

Jeśli ktoś nie wierzy -> artykuł sprzed kilku lat na ten temat na portalu culture.pl również o fenomenie Kevina

Zatem do rzeczy, pozwólcie że rozbiję dla was fabułę „Kevina…” na czynniki pierwsze i być może potwierdzę wybitność filmu, przy okazji bezczelnie spoilerując fabułę wszystkim tym, którzy przezimowali ostatnie 22 emisje telewizyjne i wiele kinowych i nie wiedzą o czym jest „Home Alone”.

Film zaczyna się od ukazania rysunkowego domku, w którym to rozegrają się mrożące krew w żyłach sceny walki. W napisach początkowych słyszymy kultowy motyw muzyczny autorstwa Johna Williamsa, brzmiący dość tajemniczo, wręcz mroczno, co zdradzać może, że główny bohater nie będzie tylko dobrze się bawił. Po tytułowej animacji możemy już bezwstydnie podziwiać willę McAllisterów – najpierw z zewnątrz, potem w środku, gdzie…szaleje huragan.

Filmowy dom McCallisterów, Chicago

Oczywiście nie dosłownie, aczkolwiek po zamieszaniu, jakie wytwarzają domownicy, biegający bez sensu po całym domu, widzowie przeczuwają kataklizm. Co powoduje, zupełnie niekontrolowany, chaos wśród licznej rodzinki? Ano, przygotowania do świątecznej podróży na drugi koniec świata, bo aż do stolicy Francji. Dla typowej średniozamożnej amerykańskiej rodzinki lat 90. z pewnością było to spore wydarzenie. Dlatego nawet, niezdarnie proszący o rozmowę z panem domu policjant o podejrzanym uśmiechu, nie potrafi okiełznać szalejącej ferajny, złożonej z kilkunastu osób. Liczną rodzinkę Kate i Petera, czyli rodziców Kevina „uzupełnia” bowiem zrzędliwy wujek Frank, ciocia Leslie i ich sześcioro rozbrykanych pociech w różnym wieku. Zatem nie wiem jak dużą trzeba by mieć willę, aby swobodnie pomieścić piętnaście osób i uniknąć bałaganu, podbitego jeszcze podnieceniem na zagraniczny wyjazd. A jak w tej całej sytuacji czuje się nasz tytułowy bohater? No cóż, Kevin (Macaulay Culkin) to tylko ośmiolatek dopiero wchodzący w życie, nieprzepadający za swym rodzeństwem (nie bez powodu), chcący beztrosko spędzać czas. Kiedy więc zostaje bezczelnie wrobiony przez szukającego zaczepki, starszego brata i staje przed „sądem rodzinnym” a jego linia obrony zostaje odrzucona, rzuca klątwę. Jak to mówią jednak „Uważaj, o co prosisz, bo jeszcze się spełni” – jego wypowiedziane w gniewie życzenie o „zniknięciu całej nieznośnej rodziny” urzeczywistnia się. Bo kiedy zamknięty za karę na poddaszu na noc, budzi się następnego ranka, stwierdza z nieukrywaną radością, że rodzinka wyparowała, co do jednego, a całe domostwo jest teraz jego królestwem.

Podsumowując pierwszą część filmu, trzeba zastanowić się czy Kevin został ukarany słusznie przez rodziców. Porównując bowiem jego zachowanie do reszty rodzeństwa, na czele z gardzącym młodszymi Buzzem z nadwagą, Kevin nie jest wcale złym chłopcem. Jako prawie najmłodszy w rodzinie, ma prawo do beztroski i nieznajomości świata dorosłych. Dlatego dziwi fakt, że rodzice właśnie w nim widzą „czarną owcę” i przerzucają odpowiedzialność za czyny reszty swych latorośli, nie wierząc w jego całkiem sensowne wyjaśnienia. Na szczęście rozłąka poprawi relacje rodzinne, a przynajmniej mamy w to wierzyć.

No właśnie, co do rozłąki. Bo kiedy Kevin stwierdza fakt, że „sam w domu”, wierząc w moc sprawczą życzenia, jego rodzinka wznosi się gdzieś nad Atlantykiem w samolocie w kierunku Paryża. I dopiero tam, pani McAllister (Catherine O’Hara) odczuwa symptomy „złego przeczucia” i „braku czegoś ważnego”. Jakby przeoczenie nieobecności małoletniego syna stało na równi z przeoczeniem zabrania w podróż suszarki lub portfela. Na marginesie, w rzeczywistości taka sprawa nadawała by się do natychmiastowego zgłoszenia do opieki społecznej. Ale „it’s only a movie”.

Kevin przed telewizorem.

Osamotniony Kevin wcale nie czuje lęku (może pomijając piec w piwnicy) korzystając z wszelkich dobrodziejstw domu rodzinnego, a później też „całego” Chicago. Jedzenie słodyczy do woli, zabawa w każdym pokoju (nawet u wnerwiającego Buzza), oglądanie filmów ze znaczkiem „dla dorosłych” – to wszystko raduje chłopca i nie ma się czemu dziwić. Zakazane owoce smakują wybornie. Po pewnym czasie jednak sama zabawa przestaje wywoływać frajdę. Samodzielność wymusza na chłopcu przyspieszoną dojrzałość. Zakupy bowiem same się nie zrobią, tak samo jak pranie i inne domowe czynności, „które zazwyczaj robią dorośli”. Kevin jednak mimo początkowych obaw, radzi sobie całkiem nieźle, udowadniając jak inteligentny i dojrzały jest w wieku ośmiu lat (w niektórych scenach chyba nawet bardziej niż rodzice i wujostwo). Szczególnie pokazuje to w rozmowie w kościele ze starszym panem sprzątającym śnieg w dzielnicy, a przez braci zwany „rzeźnikiem z szuflą”. Kevin, choć sam zagubiony, podpowiada mężczyźnie, żeby pogodził się ze swym synem, dla dobra wnuczki.

I gdyby w tym momencie fabuła okrojona została o „znamienne fragmenty”, o których za chwilę, Home Alone byłoby komedią ze średniej półki o niefortunnej pomyłce rodziców i krótkoterminowej samodzielności małego Kevina. Jednak to właśnie na finałową część filmu czekali fani podczas premierowych seansów w 1990 r. i za każdym razem później przez 20 kolejnych lat.

Bo kiedy Kevin radośnie hasa sobie po Chicago, dom jego rodziny i „bogactwa kryjące się wewnątrz” zostają namierzone przez NICH… Dwóch najbardziej sprytnych, doświadczonych i bezlitosnych kryminalistów w mieście.

plakat filmowy

Mokrzy Bandyci, czyli Harry i Marv (Joe Pesci i Daniel Stern) obrobili już niejedną willę, wykorzytując wiedzę o nieobecności właścicieli. A dom McAllisterów przyciąga ich szczególnie. Nie przepuszczą więc okazji do ponownego wzbogacenia się w tak prosty sposób…Przebrany za policjanta Harry jest świadkiem, że rodzinki nie będzie przez caaałe święta i nic nie stanie na przeszkodzie do fortuny. Fortuna jednak kołem się toczy, jak mawiają najstarsi Indianie. A koło Mokrych Bandytów wtoczy się wprost w diabelskie pułapki małego chłopca o niewyczerpanej pomysłowości. Harry i Marv boleśnie zapamiętają próbę rabunku domu Kevina.

Trzeba przyznać, że sceny „obrony twierdzy” McAllisterów wywołują głośny śmiech, choć zastanowić się powinno dlaczego. W końcu pułapki Kevina zadają wiele bólu i cierpienia dwóm nieudolnym rabusiom. Oczywiście, agresorzy reprezentują złą stronę świata, burzącą ład społeczny, ale są tylko ludźmi, którzy może pobłądzili przez negatywne doświadczenia życiowe lub trudną przeszłość. Chcą poprawić swój los, może w nienajlepszy sposób, ale czy zasługują na cierpienie, które funduje im mały Kevin? A czy widzowie mają prawo do śmiania się z ich bólu? Chociaż kreskówkowy kot Tom również doznawał wiele cierpienia, kiedy nieudolnie próbował skonsumować mysz (mysza?) Jerry’ego i też śmialiśmy się nawet, gdy spadało na niego pianino lub kowadło.

Co do pomysłowości obronnej głównego bohatera, pojawiają się zarzuty że w prawdziwym życiu musiałby dysponować sporym zapleczem sprzętowym i finansowym, aby móc zbudować wszystkie pułapki na bandytów. Nie zgodzę się z tym – Kevin wykorzystał po prostu otoczenie, jakie znał najlepiej, czy swój własny dom oraz elementy gospodarstwa domowego, używane na codzień. I właśnie prostota pułapek oraz ich wysoka skuteczność świadczy o rozwiniętej wyobraźni chłopca i odwadze. Przełamując lęk, chce po prostu bronić swego podwórka przed złoczyńcami. Można więc także usprawiedliwić, że swymi działaniami okalecza zbirów na różne sposoby. Kevin jako ośmiolatek wciąż poznaje otaczający go świat, zwyczaje i zachowania dorosłych. Zakładając, że wcześniej nie zetknął się ze złem, radzi sobie jak umie w odpieraniu ataków Harry’ego i Marva, a że dawanie łupnia „dorosłym facetom” sprawia mu satysfację i wywołuje rozbrajający uśmiech, znaczyć może o zahartowaniu na przyszłość. Zadawanie cierpienia w dzieciństwie nie musi oznaczać od razu drogowskazu do patologii w dorosłości.

Ci co oglądali, wiedzą że cała groźna historia z „obroną zamku” kończy się dobrze – złodzieje pojmowani przez stróżów prawa, Kevin cały i zdrowy, rodzinka szczęśliwie wraca. Można mieć wrażenie, że wszyscy bohaterowie wyciągną wnioski i na podstawie przeżyć zmienią się na lepsze. Rodzice nie zapomną już nigdy o żadnym ze swoich dzieci, rodzeństwo będzie dla siebie milsze, a Harry i Marv zrezygnują z przestępczego trybu życia. Może wtedy świat byłby lepszy, ale za to nie mogłaby powstać równie zabawna część druga o nowojorskiej przygodzie Kevina.

Home Alone jest jednym z symboli popkultury lat 90. i wcale nie dziwi popularność filmu nawet po 20 latach. Wielu widzów wraca z nostalgią, śmiejąc się ponownie z „zaradności” Kevina skierowanej na przestępców nie grzeszących rozumem. Tak jak pisałem wyżej, film nie jest tylko pustą komedią, ale przemyca też ważne wątki o szczęściu rodzinnym, zaufaniu i radzeniu sobie z problemami, nawet będąc ośmiolatkiem „samym w domu”. Zatem może w kolejne święta, Kevin znów zagości w naszych domach, uśmiechając się zawadiacko.

 

The Veiled Society

Perramus. W płaszczu zapomnienia [Recenzja]